Uwielbiam te momenty kiedy słyszę od męża:

“How about we go to …” Tym razem w kwietniu zapytał mnie czy mam ochotę pojechać do Brugii. Czy mam ochotę?!?! No przecież oczywiście! 🙂

Ale zaraz… Gdzie właściwie jest ta Brugia?! Przyznam szczerze i bez bicia, że nigdy nie słyszałam o tym leżącym w północno zachodniej części Belgii miasteczku (tak, wiem – wstyd i hańba). Ale każdy powód żeby znów wyjechać, zobaczyć kawałek świata, a do tego wyrwać się z Londynu był wręcz doskonały. Brugia została wybrana przez męża nieprzypadkowo. Okazało się, że jego “kanadyjscy rodzice” (u których mieszkał gdy studiował w Kanadzie) są w Europie na dłuższych wakacjach. Jednym z zaplanowanych przystanków Państwa McNabb była właśnie Brugia. Parę dni później spakowani wyruszyliśmy na moje drugie spotkanie z Belgią i pierwsze z Billem i Yvonne.

Już od pierwszych chwil w Brugii czułam niezwykłą atmosferę i wyjątkowość tego miejsca. Byłam urzeczona wąskimi, brukowanymi uliczkami i małymi, kolorowymi domkami. Droga na kwaterę choć niedługa zajęła nam dwa razy więcej czasu niż powinna, ponieważ co chwilę zatrzymywałam się by zrobić “tylko parę zdjęć”.

Nasza kwatera idealnie odzwierciedlała brugijskie klimaty – niewielki, urządzony w starym stylu domek znajdował się nad kanałem w otoczeniu kwiatowego parku.

Po krótkiej rozmowie z naszym Gospodarzem wyruszyliśmy na spotkanie z państwem McNabb. Idąc czułam jak Brugia z prędkością światła skrada moje serce. W powietrzu czuć było magię i tajemniczość. Średniowieczna architektura, stare, ceglane domy otoczone licznymi kanałami z kamiennymi mostkami i odbijający się echem stukot końskich kopyt sprawiały, że szłam jak zaczarowana.

Bill i Yvonne okazali się być fantastycznymi ludźmi a do tego moimi bratnimi duszami. Oboje uzbrojeni w profesjonalne aparaty fotograficzne, z szerokimi uśmiechami wyruszyli z nami na zwiedzanie Brugii. Tak jak ja, byli oczarowani tym niezwykłym miastem i tak jak ja co chwile przystawali tylko na “parę  zdjęć”. Mój biedny mąż, znosił  na szczęście nasze fotograficzne przystanki wręcz z anielską cierpliwością i spokojem 🙂

Na obiad wybraliśmy się do jednej z brugijskich restauracji Cambrinus. Zajadając się lokalnym jedzeniem i delektując się pysznym belgijskim piwem rozprawialiśmy żywo o Brugii i życiu. 

Gdy wyszliśmy było już ciemno. I znowu nie mogłam oderwać rąk od apartu. Brugia nocą wygląda po prostu bajkowo. Pięknie podświetlone, średniowieczne budynki odbijające się malowniczo w tafli wody zrobiły na mnie wielkie wrażenie.

Następnego dnia wstałam wcześnie rano i nie budząc męża wybrałam się na spacer po okolicy. Miasto jeszcze spało, a opustoszałe ulice i niezmącona cisza zachęcały do zwiedzania i robienia zdjęć. By otrząsnąć się z resztek snu zajrzałam do niewielkiej piekarni na kawę i ciastko 🙂

Spacerując uliczkami zobaczyłam przez szybę jednego z domów ślicznego kota. Pstryknęłam kilka zdjęć i wtedy zostałam zauważona przez jego właścicielkę, która zaprosiła mnie do środka 🙂

Pochłonięta fantastyczną architekturą i otaczającą przyrodą nie poświęcałam należytej   uwagi licznym czekoladowym i piwnym sklepikom oraz sławnym koronkarskim wyrobom. (Brak zainteresowania belgijską czekoladą uważam za niedopuszczalny! 😉 )

Brugia  zachwycała mnie bogactwem architektonicznych detali. Na każdym kroku i za każdym zakrętem możemy być pewni, że zobaczymy coś miłego dla oka.

Urzekły mnie malowniczo oplatające miasto kanały, ktore zachęcają zwiedzajacych do przejażdżek łodziami i romantycznych spacerów.

Po południu wybrałam się z Billem i Yvone na gofry (bistroTatties) i przechadzkę po mniej turystycznej części Brugii. Ani gofry ani spacer mnie nie zawiodły – było przepysznie i pięknie.

Po paru godzinach rozbolały nas nogi a w brzuchach burczało. Postanowilismy pojsc na obiad do znalezionej przez męża i polecanej w internecie restauracji Gran Kaffe De Passage.  Wystrój miejsca okazał się niezwykle klimatyczny, a jedzenie przepyszne.

Wieczorem, idąc do pubu znów cieszyłam oczy niesamowitym widokiem Brugii nocą. Nie miałam dość!

Następnego dnia musieliśmy niestety powoli żegnać się z Brugią. Ostatnie chwile spędziliśmy w otoczeniu zabytkowych, brugijskich wiatraków.

Było mi żal wyjeżdżać z  magicznej Brugii. Czułam niedosyt i miałam wrażenie, że coś mi umknęło, że czegoś nie zobaczyłam, nie doświadczyłam. Mimo to byłam w pozytywnym nastroju i przepełniała mnie radość. Znowu robiłam to co kocham – zwiedziłam kolejne miejsce na mapie świata i poznałam fantastycznych ludzi.  

W drodze powrotnej przeszły mi przez myśl słowa Hansa Christiana Andersena “Podróżować to żyć”.
img_1554


PS   Przez 2 dni zrobilam tylko 1497 zdjęć 🙂