Podczas naszej ostatniej wizyty w Hongkongu mój kochany mąż poinformował mnie, że musi służbowo lecieć na Tajwan. Ucieszyłam się bardzo bo oznaczało to, że urodziny spędzę w nowym, nieznanym miejscu no i nie mogłam wyobrazić sobie lepszego, urodzinowego prezentu!

Pierwsze chwile w Tajpej spędziliśmy w taksówce wiozącej nas z lotniska do centrum miasta. Jadąc przyglądałam się przedmieściom i architekturze, ale niestety nie był to przyjemny widok. W chmurach spalin i hałasie dochodzącym od wszechobecnych skuterów mijaliśmy szare, nieciekawe budynki. Byłam lekko rozczarowana, ale nadal liczyłam, że znajdę w Tajpej coś, co sprawi, że oszaleję z zachwytu.

Nasz hotel znajdował się w północnej części najstarszego dystryktu w Tajpej – w dzielnicy Ximen cieszącej się ogromną popularnością wśród młodzieży. Ximen jest dzielnicą handlowo – rozrywkową, pełno tu sklepów z głośno grającą muzyką, ulicznego fast-foodu, kolorowych reklam i neonów. Panujący hałas uniemożliwia prowadzenie jakiejkolwiek rozmowy.  Na każdym kroku widać wyraźne wpływy japońskiej mangi. Po zaledwie paru minutach spędzonych w tłumie ludzi, w kakofonii dźwięków miałam dość, a do tego straciłam z oczu męża. Na szczęście dość szybko się odnaleźliśmy. Uff…

Na kolację wybraliśmy się do restauracji z tradycyjnym, tajwańskim jedzeniem, do której zaprowadziła nas znajoma Tajwanka. Zamówione przez nas dania wyglądały bardzo smakowicie i kolorowo, ale mnie nie zachwyciły. Brakowało mi przypraw i wyrazistości, ale podobno właśnie tak ma smakować – no cóż, kuchnia tajwańska chyba nie będzie należała do moich ulubionych (choć dam jej jeszcze szansę 😉 )

Następnego dnia, w dniu urodzin wstałam wcześnie rano i z przygotowanym planem zwiedzania wyruszyłam z hotelu. Nie czułam się jednak zbyt pewnie oddalając się od niego, ponieważ mąż udał się na umówione spotkania i cały dzień miałam spędzić sama. Był to mój pierwszy raz w Azji gdy byłam zdana tylko na siebie, a do tego nie miałam wiele czasu na odkrywanie Tajpej, ponieważ o 16:00 mieliśmy lot powrotny do Hongkongu. Nie wiedziałam czy miasto jest bezpieczne, miałam obawy czy gdzieś się nie zgubię i czy w razie czego znajdę kogoś mówiącego po angielsku. Jednak ciekawość i nieprzeparta chęć odkrywania tego co nieznane zwyciężyły.

Pierwszym z trzech punktów na mojej liście była Świątynia Lungshan znajdująca się jedyne 20 minut piechotą od hotelu (trasę do Świątyni wyznaczyłam przed wyjściem na mapie w telefonie). W drodze do Świątyni niespodzianka! Natrafiłam na lokalny, tajwański rynek. Postanowiłam nieco zboczyć z wyznaczonej drogi i z przyjemnością zapuściłam się między stragany z dziwnie wyglądającymi warzywami, owocami i innymi różnościami, których nazwać nie potrafię.

Po wizycie na rynku powróciłam na drogę wiodącą do Świątyni Lungshan będącej miejscem modlitwy dla wyznawców buddyzmu, taoizmu i konfucjanizmu. Świątynia wybudowana w 1738 r.,  została doszczętnie zniszczona podczas bombardowania Tajpej przez Amerykanów w 1945 r., a po wojnie wzniesiono ją od podstaw. Świątynia Lungshan składa się z trzech wielobarwnych i przepięknie rzeźbionych pawilonów do których prowadzi bogato zdobiona brama. Architektura kompleksu zachwyciła mnie od pierwszych chwil mimo papierowych figur smoków, misiów i innych osobliwości, których umiejscowienie w Świątyni było dla mnie niezrozumiałe.

Na głównym dziedzińcu panowała niesamowita atmosfera. Zapach unoszących się w powietrzu kadzideł, szepty wypowiadanych modlitw, dźwięki rzucanych na ziemię drewnianych, modlitewnych klocków i zjednoczenie 3 religii w jednym miejscu sprawiały, że nie potrafiłam opuścić tego miejsca. Po dokładnym obejrzeniu Świątyni, zrobieniu tysiąca zdjęć przycupnęłam na schodach i jak zaczarowana chłonęłam magiczną atmosferę Świątyni Lungshan.

Minęło parę godzin zanim w końcu ocknęłam się i zmusiłam do dalszej drogi. Kolejnym celem na mojej liście była Narodowa Hala Pamięci Czang Kaj-szeka – wzniesiona na cześć byłego prezydenta Republiki Chińskiej. I tu zaczęły się schody – po wyjściu ze stacji metra nie miałam pojęcia gdzie powinnam się kierować. Mapa w telefonie nie działała bez internetu, w pobliżu brak było miejsca, w którym mogłabym połączyć się z wi-fi, bateria wskazywała 20 %, a do tego czas szybko leciał. Niezrażona zaczęłam pytać po angielsku przechodniów o drogę. Praktycznie każda rozmowa wyglądała mniej więcej tak : “Excuse me, do you speak english?” I tu padała odpowiedź : “Yes, yes, yes!!!” (Tu następowała w myślach ulga z mojej strony – “Hurra jestem uratowana”) “Could you please tell me how to get to Chiang Kai-shek Memorial Hall?” I tu padała zwykle odpowiedź : “No, no, no!!!” I po sekundzie po moim rozmówcy nie było już śladu. Na szczęście po parunastu nieudanych próbach trafiłam na sympatyczną Tajwankę, która wskazała mi drogę.

Narodowej Hali Pamięci Czang Kaj-szeka nie da się przeoczyć – jej niebieski dach i śnieżnobiałe ściany wyraźnie wyróżniają się na tle nieciekawej i przykurzonej architektury Tajpej i widać ją już z daleka. Otoczona jest pięknie zadbanym parkiem, na terenie którego znajdują się także Tajwański Teatr Narodowy i Narodowa Sala Koncertowa. Do Hali Pamięci prowadzi 89 stopni, które symbolizują wiek Czang Kai-szeka. W środku znajduje się jego pomnik, przy którym tajwańscy żołnierze pełnią wartę honorową.

Ostatnim punktem na mojej liście był Taipei 101 – najwyższy budynek na Tajwanie i do niedawna najwyższy budynek na świecie. Taipei 101 swoim wyglądem przypomina gigantyczny pęd bambusa, posiada 101 pięter i według zapewnień architektów i jego wykonawców jest odporny na huragany i trzęsienia ziemi, z którymi zmaga się Tajwan.

Przez  chwilę zastanawiałam się czy powinnam kierować się w jego stronę. Bateria wskazywała tylko 5%, a do lotu zostało dosłownie parę godzin. Postanowiłam jednak zaryzykować i udałam się w stronę Wzgórza Słonia, z którego rozciągał się ponoć najlepszy widok na Taipei. Bez problemu dotarłam do schodów wiodących na szczyt Wzgórza i zaczęłam wspinać się pod górę. Po parunastu minutach niezbyt przyjemnej wspinaczki znalazłam się na platformie widokowej i… no cóż, rozpościerająca się przede mną panorama miasta niestety mnie nie powaliła.

Cyknęłam parę fotek  i poinformowałam męża, że pada mi bateria. Ustaliliśmy, że znajdę jakąś kawiarnię u podnóża Wzgórza, w której naładuję  telefon i dam znać gdzie jestem. Wiedząc jednak, że mąż znajdował się niedaleko zmieniłam zdanie i nic mu nie mówiąc postanowiłam pokazać mu jak świetnie radzę sobie w obcym państwie i do niego pojechać. Niestety w trakcie drogi metrem bateria w telefonie całkowicie padła. Minęło kilkanaście minut zanim udało mi się ją naładować i zadzwonić do męża z informacją, że czekam na niego. W odpowiedzi usłyszałam, że mąż również czeka, ale pod Wzgórzem! Stało się jasne, że nie zdążymy na samolot. Czułam, że zawiodłam na całej linii. Na szczęście następny lot do Hongkongu był parę godzin później. Mąż wykorzystał czas na kolejne spotkanie w tajwańskiej firmie, a ja miałam czas na zjedzenie wyśmienitego sushi i spróbowanie urodzinowego tortu od najwspanialszego męża na świecie 😃 Po raz kolejny przekonałam się, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło 😉

PS. Mąż na szczęście mi wybaczył 😌 ❤️