Myśl o tym, że już wkrótce rzeczywiście zobaczę 10 000 posągów Buddy w jednym klasztorze wydawała mi się co najmniej nierealna. Na miejscu okazało się, że “nierealny” to chyba najlepsze słowo opisujące klasztor 10 000 tysięcy Buddów.

Klasztor jest miejscem kompletnie niezwykłym. Nie znajdziecie tu krzątających się po klasztornym dziedzińcu mnichów odprawiających modły, nie usłyszycie religijnych pieśni i nie będziecie krztusić się od spowitego kadzidłowym dymem powietrza. Nie wtopicie się w tłum turystów bo ich tam nie ma. Ale za to zobaczycie miejsce całkowicie wymykające się ze wszelkich kategorii i ram, miejsce, które jest zdecydowanie warte odwiedzenia i które na długo utkwi Wam w pamięci.

Klasztor 10 000 tysięcy buddów mieści się na Wzgórzu Po Fook Hill we wiosce Pai Tau, na terenie Nowych Terytoriów (największa i najrzadziej zaludniona część Hongkongu). Został on założony  w 1949 r. z inicjatywy wielebnego Yuet Kai, który osobiście uczestniczył we wznoszeniu świątyni. Historia głosi, że w wieku 19 lat manifestując swoje przywiązanie do wiary, odciął i podpalił swoje 2 palce by zapalić 48 lamp naftowych przed obliczem Buddy. Po swojej śmierci został pochowany, a po 8 miesiącach ekshumowany i zgodnie ze swoim życzeniem zabalsamowany i pokryty złotem. Zabalsamowane ciało wielebnego umieszczono w szklanej gablocie znajdującej się przed ołtarzem w głównej świątyni klasztoru.

IMG_3709

Już sama droga prowadząca do klasztoru jest bardzo zaskakująca. By do niego dotrzeć trzeba najpierw pokonać około 400 kamiennych schodów, na których zostaniemy powitani (lub przestraszeni 😉 ) przez naturalnej wielkości złocone posągi buddyjskich bóstw. Poza mną na schodach nie było nikogo, więc przeraziłam się trochę  gdy nagle zza krzaków wyłoniły się złote figury groźnie wyglądających wojowników z mieczami 😉 Każdy z mijanych przeze mnie złotych posągów był zupełnie inny – od przyjaźnie wyglądającej bogini i figur wojowników do posągu bóstwa z wieloma rękami i czerwonymi oczami 🙂

Teren klasztoru składa się z głównej świątyni, imponującej, czerwonej pagody oraz kilku sanktuariów i pawilonów położonych na dwóch poziomach. Na dziedzińcu klasztoru znajdują się posągi różnych bóstw buddyjskich w tym biały posąg Bogini Miłosierdzia oraz kilkanaście innych rzeźb reprezentujących najbardziej szanowanych uczniów Buddy. W głównej świątyni znajdują się 3 posągi Buddy i szklana gablota z wielebnym Yuet Kai. Jej ściany w całości pokryte są prawie 13 000 (!) miniaturowymi, złotymi posągami Buddy z nazwiskami ich ofiarodawców. Widok ścian świątyni obłożonych od gory do dolu malutkimi, parocentrymetrowymi posążkami robi niesamowite wrażenie.

Na wyższym piętrze klasztoru, do którego również prowadzą schody ze złotymi posągami, znajdziemy kolejne świątynie i … kolejne złote posągi 😉 Niestety w 1997 roku w wyniku gwałtownych powodzi i osunięć ziemi górne piętro klasztoru zostało znacznie zniszczone i do dziś trwa jego rekonstrukcja w wyniku czego nie wszystkie obiekty są otwarte dla zwiedzających.

Na górnym piętrze oprócz mnie nie było nikogo. Gdy z wielką ciekawością przyglądałam się złotym posągom bóstw nagle z głośnika rezległ się komunikat – najpierw po chińsku, a następnie po angielsku informujący o tym, że za pół godziny bramy klasztoru zostaną zamknięte. Poczułam się trochę nieswojo otoczona z każdej strony przez złote sylwetki. Pomyślałam, że bardzo nie chciałabym zostać z nimi zamknięta 😉

Pstryknęłam jeszcze parę zdjęć i skierowałam się ku wyjściu, choć wcale nie mialam ochoty wychodzić z tej tracącej lekkim kiczem buddyjskiej, czarodziejskiej krainy (choć wizja zostania tam na noc nadal mnie przerażała 😉 ). Nie powinnam być specjalnie zaskoczona gdy na drodze w dół wzgórza ujrzałam następnych kilkadziesiąt złotych posągów, a jednak byłam! Każdy posąg miał swój niepowtarzalny, wymyślny  charakter. Jedne były groteskowe, dziwaczne, niektóre pocieszne,  a jeszcze inne budziły strach i zaciekawienie. Schodzilam i schodziłam przez cały czas mijając złote figury. Nie wiem ile ich było, ale w pewnym momencie pomyślałam, że ta posągowa, złota droga chyba w życiu się nie skończy! 😉 Na szczęście po kolejnych paru minutach ujrzałam koniec i odetchnęłam. Ale już wtedy wiedziałam, że będę chciała jeszcze tam wrócić i poczuć niezwykłą atmosferę tego osobliwego miejsca.