Nowy Rok na Maderze

Na Maderę polecieliśmy z Edynburga 31 grudnia wieczorem-prosto na Sylwestra. Po wyjściu z samolotu poczuliśmy błogie ciepło (którego w Szkocji był deficyt 😉 ) i w pozytywnych nastrojach udaliśmy się na przystanek autobusowy, na którym powitał nas… świecący bałwan 🙂 Kierowca autobusu, do którego wsiedliśmy był niezwykle rozmowny i na wstępie rzekł do nas z nieukrywaną dumą”Welcome to paradise”.

I faktycznie już w trakcie jazdy mieliśmy okazję cieszyć oczy pięknymi widokami wieczornego, rozświetlonego milionami świateł, położonego na wzgórzach miasta Funchal. Gdy dotarliśmy na kwaterę, która znajdowała się w centrum miasta, okazało się niestety, że będziemy musieli trochę poczekać na gospodarza. Niewiele myśląc zostawiłam szanownego małżonka z bagażami i wyruszyłam w stronę portu-“tylko na 10 min”-powiedziałam i zniknęłam 😉 Po parunastu sekundach moim oczom ukazała się ogromna, czerwono-złota choinka. Rozejrzałam się dookoła i mialam wrazenie, ze zamiast na egzotycznej wyspie znajdowałam się w jakimś  bożonarodzeniowym miasteczku! Wszędzie, gdzie tylko wzrok sięgał znajdowały się różnokolorowe lampki, świetlne kurtyny, anioły, renifery i mikołaje. W życiu nie widziałam tylu pięknych, świątecznych dekoracji. Port również był przepięknie rozświetlony przez zacumowane tam jachty oraz imponującej wielkości statki pasażerskie.  Gdy ocknęłam się z tej świątecznej magii, okazało się, że minęło ponad pół godziny więc pędem pobiegłam w stronę kwatery. Mąż na szczęście ma do mnie duuużo i cierpliwości więc nie było bury 🙂

Sylwester w Funchal

Wygłodniali zaczęliśmy rozglądać się za miejscem na sylwestrowy obiad. Niestety było coraz później i większość restauracji zaczynała się zamykać. Obawialiśmy się, że skończymy na kanapce w Subwayu, który był nadal otwarty. Na szczęście w jednej z bocznych uliczek znaleźliśmy restaurację, która zgodziła się nas przyjąć o tak późnej porze. Był przecież Sylwester i każdy chciał świętować 🙂 Po smacznym obiedzie, na 15 min przed północą wyruszyliśmy w stronę portu wiedząc, że to właśnie tam odbędzie się sylwestrowa zabawa. Po drodze, od ulicznych handlarzy kupiliśmy szampana, do którego dostaliśmy w gratisie rodzynki. Okazało się, że jedzenie przed Nowym Rokiem 12 rodzynek (po jednej na każdy miesiąc roku), jest jedną z portugalskich tradycji mających przynieść szczęście. Usadowiliśmy się na portowych murach w oczekiwaniu na nadejście 2017 roku. I nagle rozległy się strzały i niebo nad wzgórzami rozświetliło się wszystkimi kolorami tęczy. Ludzie wiwatowali, gwizdali i pili szampana składając sobie noworoczne życzenia, syreny statków zacumowanych w porcie odzywały się raz po raz, atmosfera była iście szampańska. Fajerwerki wystrzeliwały od strony lądu i morza, widok był naprawde przepiekny!

Nowy Rok w Funchal

W Nowy Rok na głównym deptaku tłumnie zgromadzili się zarówno turyści jak i mieszkańcy wyspy, którzy spacerując mogli podziwiać bożonarodzeniowe szopki (które na Maderze znajdują się dosłownie wszędzie-od barów po sklepy i drogowe zatoczki) oraz występy tradycyjnych, maderyskich tancerzy. Na deptaku można było również zrobić zakupy na świątecznych stoiskach, napić się maderyjskiego wina i ponchy (tradycyjny napój alkoholowy z miodu, rumu z trzciny cukrowej i soku z cytryny), a także zobaczyć jak kiedyś toczyło się życie na Maderze. Nie zapomniano również o atrakcjach dla najmłodszych, na których czekał ogromny Święty Mikołaj i świąteczne miasteczko.

Funchal za dnia

Funchal za dnia wywarł na mnie nie mniejsze wrażenie niż Funchal nocą. Byłam oczarowana urokliwymi uliczkami, kolorowymi kamienicami i wszechobecną, egzotyczną  roślinnością.

Bolo do caco

Lunch postanowiliśmy zjeść w małym barze położonym niedaleko dolnej stacji kolejki linowej będącej jedną z największych atrakcji w Funchal. Bar Ideal skusił nas niewielkim menu, które zawierało głównie kanapki zrobione z tradycyjnego, maderyjskiego chlebka-bolo do caco. Zamówiliśmy dwie kanapki, dla mnie z tuńczykiem, a dla męża z sardynkami. Po pierwszym kęsie byliśmy po prostu zachwyceni-zarówno sławny bolo do caco jak i sardynki i tuńczyk dosłownie rozpływały się w ustach. Pychota!!! Właściciel baru-starszy pan zdawał się znać wszystkich swoich klientów, z którymi żywo dyskutował i żegnał jak z dobrymi przyjaciółmi-aż przyjemnie było patrzeć 🙂

Rynek Rolników

Po południu nogi poniosły nas w stronę głównego rynku zwanego Rynkiem Rolników, gdzie po raz pierwszy na Maderze zobaczyłam portugalskie kafle azulejos, które uwielbiam. Na rynku urzekły mnie przepiękne i niezwykłe kwiaty sprzedawane przez Portugalki w tradycyjnych strojach oraz smakowicie wyglądające i nieznane mi owoce i warzywa. Na rynku znajdowała się również hala rybna gdzie na wielkich, kamiennych blatach na oczach klientów filetowane były imponującej wielkości ryby-niezbyt przyjemny widok.

Kolorowe drzwi Madery

Tuż obok rynku ciągnie się jedna z najbardziej znanych uliczek w miasteczku-Rua Santa Maria, która kusi wieloma restauracjami i niezwykłymi, wielobarwnymi malunkami znajdującymi się na drzwiach kamienic.

Funchal after dark

Wieczorem Funchal ponownie zalśnił milionami lampek i świątecznych dekoracji. Miasteczko wyglądało wprost magicznie!

Cabo Girao

Następnego dnia postanowiliśmy zobaczyć słynny Cabo Girao-jeden z najwyższych i najpiękniejszych klifów w Europie. Droga prowadząca na klif pozwoliła nam podziwiać niesamowity, soczyście zielony krajobraz Madery, jej strome wzgórza spowite chmurami, wszechobecne plantacje bananów i egzotyczną roślinność.

Na szczycie klifu Cabo Girao wybudowany został szklany taras widokowy, który dzięki swej transparentności dodatkowo potęguje uczucie wysokości, na której się znajdujemy. Kilkaset metrów pod naszymi stopami zobaczyć możemy rozbijające się o skały wody oceanu-mocne wrażenia i przepiękne widoki murowane! Osobiście sprawdziłam wytrzymałość platformy, co jednak niestety nie przekonało mojego męża, który obserwował widoki z bezpiecznej odległości 😉 Przyznam jednak szczerze, że w momencie gdy ktoś zaczął skakać po tym szklanym tarasie wprawiając go w drżenie nie czułam się zbyt komfortowo.

Tapas do Anibal

Po pełnej wrażeń wycieczce mocno zgłodnieliśmy. Niedaleko Rynku Rolników znaleźliśmy niewielką restaurację, w której zamówiliśmy sardynki i espadę z bananami-mniam! Naładowani energią wyruszyliśmy  w stronę Rua Santa Maria na kieliszeczek Ponchy. Po drodze, buszując w internecie mąż znalazł na foursquare lokalny tapas bar. Postanowiliśmy do niego zajrzeć, poniewaz bardzo lubię tego typu miejsca. W środku byli sami lokalsi i mieliśmy wrażenie, że są nieco zdziwieni nasza obecnoscią. Jednakże po paru sekundach zainteresowanie nami zmalało i wszyscy powrócili do oglądania meczu piłki nożnej. Niezrażeni zamówiliśmy marakujową ponche oraz porcję suszonego tuńczyka w winnej zalewie i tuńczyka w oleju. Jedzenie było wprost doskonałe więc domówiliśmy jeszcze sałatkę z ośmiornicy-pycha! W międzyczasie spróbowałam wszystkich dostępnych rodzajów ponchy więc humor miałam wręcz kapitalny;) Wieczór zakończyliśmy w portowym barze gdzie przy szklaneczce whiskey i ponchy snuliśmy wizje założenia bloga 🙂

Kolejnego dnia chmury gęsto spowiły wzgórza, a my obudziliśmy się nieco zmęczeni po długim wieczorze z Ponchą 😉 Postanowiliśmy zacząć nasz dzień od obudzenia się pysznym portugalskim espresso. W kawiarni nie mogłam oprzeć się smakowicie wyglądającym ciastkom i oprócz kawy zamówiłam także pasteis de nata (uwielbiam i jem zawsze kiedy jestem w Portugalii) oraz ciastko z marakujową konfiturą-mniam! Po moim “śniadaniu” musieliśmy znaleźć coś dla męża, który raczej nie jada słodkości (więcej dla mnie 😉 Naprzeciwko kawiarni, w której byliśmy znajdowało się supermarket-Pingo Doce. Będąc w sklepie zauważyliśmy wydzieloną część gastronomiczną i samych lokalsów w kolejce, którzy są dla mnie zawsze dobrym znakiem. Zdecydowaliśmy się więc na sałatkę z ośmiornicy, gotowe kanapki z kurczakiem i pastą z tuńczyka oraz owocową sałatkę-wszystko było świeże i smaczne.

Resztę dnia postanowiliśmy  przeznaczyć na leniwy spacer po niezbadanych przez nas częściach Funchal. Na naszej drodze mijaliśmy zadbane domostwa z tonącymi w kwiatach ogrodami, ale także zrujnowane, opuszczone i zabytkowe posiadłości będące architektonicznymi perełkami. Tuż przed zachodem słońca usiedliśmy w barze na wzgórzu. Delektując się orzeźwiająca Nikitą (napój przygotowywany z białego wina, piwa, lodów waniliowych i kawałków ananasa) obserwowaliśmy ostatnie promienie słońca znikające w oceanie.

Kolacja w O Tasco

Do O Tasco wybraliśmy się nieprzypadkowo. Mąż przewertował foursquare i znalazł same pozytywne opinie, które zachwalały tradycyjną, maderyjską kuchnię i przemiłą obsługę. Restauracja cieszy się dużą popularnością i trzeba wcześniej zarezerwować stolik (mieliśmy okazję przekonać się o tym parę dni wcześniej kiedy chcieliśmy tam zjeść i niestety nas nie przyjęto). O Tasco jest niewielką, klimatyczną restauracją, położoną na wzgórzu, w której nie znajdziecie menu. Każdy gość zapraszany jest do do lady, gdzie właściciel cierpliwie tłumaczy i pokazuje, wyciągając kolejne surowe ryby z lodówki co w danym dniu znajduje się w menu. Kuchnia restauracji jest widoczna dla klientów więc można z łatwością obserwować jak przygotowywane są potrawy. Tego dnia w lodówce znajdowała się m.in papugoryba, ktorej nigdy nie jedlismy, ale widzieliśmy nurkujac na Filipinach. Na przystawkę zamówiliśmy sałatkę  z ośmiornicy, 2 rodzaje marynowanego tuńczyka oraz kawałki smażonej espady. Do tego wspomniana papugoryba, bolo do caco z masłem czosnkowym, kieliszeczek wspaniałej ponchy i wyborna uczta murowana! No i piwko Coral dla męża oczywiście 😉 W skrócie było przepysznie i ciekawie na koniec-rachunek za obiad wjechał na miniaturowych, tradycyjnych, maderyjskich saniach 🙂 Nasz wieczór zakończyliśmy jak zwykle w portowym barze przy drinku z marakują 😉

Porto Moniz

Przedostatniego dnia postanowiliśmy pojechać na wycieczkę do Porto Moniz znajdującego się w północno-zachodniej części wyspy. To małe miasteczko skusiło mnie obietnicą kąpieli w naturalnych basenach lawowych. Zdecydowaliśmy się na podróż lokalnym autobusem, płacąc za bilet jedyne 6 euro w jedną stronę. Jazda autobusem z Funchal do Porto Moniz miała trwać około 4 godzin więc zastanawialiśmy się czy jest sens tracić tyle czasu na sama jazdę, ale koniec końców o 9.00 rano byliśmy na przystanku. Przy zakupie biletów dostaliśmy mapkę trasy, która zapowiadała się bardzo ciekawie-obejmowała najpierw drogę wzdłuż wybrzeża, następnie przez środek wyspy i znów wzdłuż wybrzeża. Autobus swój pierwszy, 10 minutowy przystanek miał na klifie Cabo Girao więc każdy mógł na szybko wyskoczyć i drżąc o własne życie cyknąć parę fotek na platformie widokowej 😉 Następne minuty i godziny przepełnione były NIESAMOWITYMI WIDOKAMI. Przesiadałam się z jednej strony autobusu na drugą by zrobić jak najpiękniejsze zdjęcia i filmiki. Trasa stromymi wzgórzami, z zapierającymi dech w piersi urwiskami, malowniczymi krajobrazami i wodospadami wywarła na mnie piorunujące wrażenie. Skąpane w puchatej zieleni, spowite gęstymi chmurami góry i leżące u ich podnóża malusieńkie miasteczka wyglądały wręcz niesamowicie. Zdałam sobie sprawę dlaczego warto na Maderze wypożyczyć auto i dlaczego wycieczki lewadami są tak popularne. Przyroda jest tu po prostu nieziemska i wspaniale byłoby zatrzymać się na chwilę i bez pośpiechu cieszyć oczy tak wspaniałymi widokami. A tak   byliśmy uwięzieni w autobusie :/

Baseny lawowe w Porto Moniz

Po paru godzinach byliśmy w Porto Moniz. Miasteczko było opustoszałe i nie wyglądało zbyt zachęcająco-mówiąc szczerze byłam trochę rozczarowana i zdziwiona, że mieści się tu jedna z największych atrakcji wyspy. Z drugiej strony był styczeń i temperatura poniżej 20 stopni raczej nie zachęcała do kąpieli. Baseny były widoczne już z przystanku autobusowego-niestety ich widok również nie do końca do mnie przemawiał. Naturalne, basenowe skały zostały połączone betonowymi scieżkami, ktorych granice wytyczała gruba, biała linia nienaturalnie odbijająca się na ich tle. Sądzę, że w założeniu wulkaniczne baseny miały zachować swój naturalny charakter i wygląd, ale niestety to się nie powiodło. W moim odczuciu baseny po prostu nie wyglądały naturalnie. Plusem jednak, był widok malowniczo rozbijających się o skały fal i kąpiel w lodowatym oceanie…Oczywiście, że zabrałam kostium i zażyłam kąpieli 🙂 Oto dowód !!!

Obiad postanowiliśmy zjeść w restauracji z widokiem na baseny. Jedzenie serwowane klientom wyglądało apetycznie i domowo. Zamówilismy rybę z bananami i marakują, sardynki i ryż z małżami. Po moich zimnych kąpielach w oceanie jedzenie smakowało mi jak nigdy dotąd ;). Na powrotny autobus do Funchal czekaliśmy na przystanku już pół godziny przed planowanym odjazdem. Gdybyśmy się spóźnili utknęlibyśmy w Porto Moniz! Autobusy na Maderze jeżdżą bardzo rzadko, a ten był ostatni! Droga powrotna była nieprawdopodobnie malownicza i znów moim zachwytom i pytaniom do męża w stylu “widziałeś to?!?!” nie było końca. Mijaliśmy majestatyczne, górskie zbocza z miniaturowymi domkami i szarymi nitkami maderyjskich dróg połączonych tunelami i gęsto zalesione doliny i urwiska. Niestety po jakimś czasie zapadł zmierzch i jedyne co rozświetlało ciemność to migające w oddali lampki okolicznych domostw i miasteczek. Przez resztę drogi byłam pełna podziwu dla kierowcy autobusu, który w głębokim mroku wprawnie pokonywał górskie serpentyny. Parokrotnie w czasie jazdy widziałam gigantyczne przepaście i wyobraźnia mi szalała! Odetchnęliśmy z nieukrywaną ulgą gdy tylko wysiedliśmy z autobusu-byliśmy cali, zdrowi i pełni pięknych wrażeń 🙂

Jaquet

Następny dzień był niestety naszym ostatnim dniem na Maderze. Mąż został w domu by popracować, a ja zdecydowałam się na spacer po miasteczku, którego absolutnie nie miałam dość. Po drodze kupiłam trochę aromatycznej marakuji i wstąpiłam do uroczego kościółka, który zachwycił mnie swoim wnętrzem. Zbliżała się pora lunchu więc nie zdziwiłam się, gdy zadzwonił mąż stwierdzając, że musimy coś zjeść 😉 Postanowiliśmy, że lunch zjemy w Jaquet-małej restauracji, która szczyci się bardzo pozytywnymi opiniami na tripadvisor. Wnętrze restauracji było niewielkie, ale przyjemne. Właściciel dwoił się i troił lawirując wśród klientów-oprócz niego i kucharki nie było tam innych pracowników. Gdy właściciel zjawił się przy naszym stoliku, oznajmił, że w dniu dzisiejszym kuchnia oferuje na przystawkę skałoczepy, a jako danie główne dorsza, miecznika lub stek z tuńczyka. Zdecydowalismy sie na stek z tuńczyka, który uwielbiam i miecznika, którego jak dotąd nigdy nie jadłam oraz ziemniaczki i warzywa. Oczekując na posiłek obserwowaliśmy zręczna pracę kucharki i pochłanialiśmy smakowite zapachy dochodzące z kuchni. Po paru chwilach nasz półmisek z rybami był już gotowy-właściciel podał go nam do stolika, tłumacząc co się na nim znajduje i nakładając na nasze talerze porcje ryb i warzyw. Byliśmy nieco zdziwieni tak osobistą obsługą, ale szybko przystąpiliśmy do konsumpcji. Pierwsze kęsy ryb były po prostu niebiańsko smakowite i przyrzekam na wszystko-lepszych ryb niż w Jaquet nigdy w życiu nie jadłam!

Po południu wybraliśmy się na chwilę do miasteczka Machico. Miasteczko nie wywarło na nas dużego wrażenia, za wyjątkiem ładnej, piaszczystej plaży, której w Funchal niestety brak. Pogoda była piękna więc zwróciłam twarz w stronę słońca, zamknęłam oczy i usnęłam kołysana szumem fal…:)

Po powrocie do Funchal skusiłam się na lody-oczywiście o smaku marakuji i papaji-pycha! Następnie postanowiliśmy po raz ostatni zajrzeć do znajomego tapas baru na tuńczyka i kieliszeczek marakujowej ponchy. Było pysznie i miło jak zawsze, tylko jakoś tak inaczej…Powoli docierało do mnie, że to ostatnie godziny na Maderze. Pożegnaliśmy się z przemiłymi właścicielami i skierowaliśmy swe kroki do baru Ideal. Właściciel powitał nas przyjacielskim uśmiechem. Składając zamówienie zdążyliśmy powiedzieć tylko “bolo do caco z…” bo w tym miejscu starszy pan nam przerwał i rzekł, że z pewnością ucieszy mnie bolo z tuńczykiem, a męża z sardynkami. Szczęki nam opadły-pamiętał nas i to co zamówiliśmy parę dni wcześniej! Chlebek bolo do caco jak zawsze rozpływał się w ustach, a sardynki i tuńczyk…Będę tęsknić za tymi smakami!!! Pożegnaliśmy się z właścicielem i jak co wieczór poszliśmy do portowego baru na ponche i whiskey. Siedząc w portowym barze rozmyślałam o tym jak piękna jest Madera i że doświadczyliśmy tylko niewielkiej części jej wszystkich wspaniałości. Mimo to Madera juz zawsze będzie miala specjalne miejsce w moim sercu-w końcu to raj jak powiedział kierowca autobusu 🙂