WITAJ PORTO!


Nigdy nie lubiłam ostatnich dni na wakacjach i tak też było i tym razem. Cudowna Madera przez kilka krótkich (zbyt krótkich !!!) dni i nocy zdążyła mnie w sobie mocno rozkochać. Przez ostatni dzień biegałam po Funchal jak opętana, chcąc jeszcze raz poczuć to wszystko czego udało mi się tam doświadczyć-mocniej i więcej.

Wieczorem podczas pakowania pomyślałam, że na osłodę tego gorzkiego rozstania zostało mi Porto, przez które mieliśmy wracać do Londynu. Porto przywitało nas rano słońcem i bezchmurnym niebem. Już po pierwszych oddechach portugalskim powietrzem poczułam tą wspaniałą atmosferę, którą pamiętam z Lizbony, z Cascais, z Madery! Ach cudowna moja Portugalia!!! Nigdy nie zawodzi! Cudna architektura, przepyszne jedzenie, mili ludzie i ta otulająca, niewytłumaczalna atmosfera! Postanowiliśmy szybko oddać nasze bagaże i wyruszyć na podbój miasta. Na wstępie na kwaterze-niespodzianka-dostaliśmy pokój z prysznicem za łóżkiem-dosłownie !!! 🙂

CASA GUEDES

Naszą przygodę z Porto postanowiliśmy rozpocząć należycie czyli…od kuchni 😉 Tak oto trafiliśmy do miejsca, które pokochaliśmy od pierwszego wejrzenia. Uwielbiam takie klimaty-czas zatrzymany naście lat temu, zapach domowej kuchni, uśmiechnięci ludzie i przepyszne, proste jedzenie. Zamówiliśmy zestaw serów i szynek oraz porcję smakowicie wyglądającej pieczeni licząc na kulinarne rozkosze…Po pierwszych kęsach wiedzieliśmy, że trafiliśmy do raju!

WYCIECZKA AUTOBUSOWA HOP ON HOP OFF

Po zaspokojeniu naszych kulinarnych apetytów, wyruszyliśmy w stronę centrum, gdzie postanowiliśmy skorzystać z opcji autobusu hop on/hop off. Trasa wycieczki była bardzo ciekawa-obejmowała najważniejsze zabytki, a także drogę wzdłuż rzeki. Po drodze chłonęłam wszystko co się dało robiąc kilkadziesiąt zdjęć 🙂 Ach te piękne budynki obłożone kaflami azulejos-nie miałam ich dosyć!

PORTO AFTER DARK

Po zakończeniu trasy udaliśmy się na spacer urokliwymi uliczkami Porto. Zapadał zmierzch i miasto powoli rozświetlało się od lamp przybierając romantyczny wygląd-zwłaszcza nad rzeką. Mogłabym tak spacerować godzinami, ale zrobiliśmy się głodni i żądni dalszego ciągu portugalskich przysmaków.

FRANCESINHA i ŚWIŃSKIE USZY

Spacerując uliczkami Porto napotkaliśmy na  lokalnie wyglądająca  mini restaurację i nie namyślając się długo weszliśmy do środka. Zamówiliśmy francesinhę i sałatkę z tuńczykiem. Francescihna to ogromna, tradycyjna, mięsna kanapka, wypełniona szynką, stekiem i kiełbasą, ociekająca żółtym serem, polana sosem na bazie piwa, wina porto i ostrej papryki. Wiem-nie brzmi to zachęcająco, szczególnie dla kogoś, kto tak jak ja nie przepada za mięsem, ale uwierzcie mi-tego trzeba spróbować bo jest naprawdę smaczne!

Po zaspokojeniu pierwszego głodu znaleźliśmy kolejne miejsce na naszą ucztę. Tym razem nasz wybór padł na gastrp bar ze zwieszającymi się z sufitu, suszonymi szynkami. Naszą uwagę przykuła sałatka z ośmiornicy, sery i oczywiście suszona szynka. I znowu było pysznie! W menu tapas baru znajdowały się również świńskie uszy z cebulką i kolendrą, które są w Porto  bardzo popularna przystawką, jednakże nie zdecydowaliśmy się podjąć tego kulinarnego wyzwania 😉

SPACER NAD RZEKA DOURO

Następnego dnia, z samego rana poszliśmy na śniadanie-prosto do CASA GUDES 🙂
Od samego wejścia przywitał nas szeroki uśmiech gospodarzy-jak ja lubię takie momenty! Zamówiliśmy świeżutką bułeczkę z cieplutką pieczenią i grubym kawałkiem portugalskiego sera-i znowu niebo w gębie! (Nie omieszkaliśmy wziąć 2 bułek na wynos do samolotu ;-)) Wciąż mieliśmy jeszcze parę godzin do lotu więc wyruszyliśmy nad rzekę i ciesząc się piękną pogodą rozprawialiśmy o tym, jak wspaniale byłoby tu zamieszkać. Kto wie? Może kiedyś…

LUNCH w RESTAURACJI BACALHAU

Mogłabym tak spacerować bez końca uroczymi uliczkami i deptakiem w Porto-widok kolorowych, skąpanych w słońcu budynków jest naprawdę zachwycający! Zbliżała się pora lunchu więc zdecydowaliśmy się na małe co nieco w jednej z restauracji położonych nad rzeką. Jej nazwa-Bacalhau (czyli Dorsz), jak i opinie w internecie brzmiały bardzo zachęcająco.  Na początek zamówiliśmy to co lubimy najbardziej-deskę serów i szynek, a jako danie główne zupę z dorsza oraz dorsza z ziemniakami i jajkiem. Delektowaliśmy się pysznym jedzeniem, białym winem, wspaniałą pogodą i pięknym widokiem na rzekę. Było po prostu cudownie!  Niestety powoli musieliśmy kończyć naszą krótką, ale niezwykle przyjemną przygodę z Porto. Na lotnisku pocieszaliśmy się, że w Londynie zrobimy sobie portugalski wieczór-mieliśmy przecież bułki od naszych przyjaciół z Casa Guedes-to dodało nam otuchy i wiary w to, że jeszcze kiedyś na pewno tam wrócimy.